wtorek, 22 maja 2012

[14] - Miałaś rację! Faceci to świnie!

Cassie...

  Byłam wściekła. Bardzo wściekła. Uderzałam dosłownie wszystko co zobaczyłam, co widziałam przez łzy. Zamachnęłam się nawet na psa, ale zdążył odskoczyć, a ja walnęłam w słup. Bólu nawet nie poczułam. 
  Co za... za... Nie potrafiłam znaleźć dobrego słowa na określenie kogoś takiego jak...
  Nie! Chciałbym o nim zapomniała to zapomnę. Od dziś nie istnieję dla mnie ktoś taki jak... Jak kto? - pomyślałam złośliwie. Doszłam do parku i od razu siadłam na ziemi. Pech chciał, że wylądowałam w kałuży. Następnie jakieś dziecko, miało może 11 lat zatrzymało się przy mnie z psem, a pies... Cóż za pies użył mnie jako latarni. Zaklęłam głośno, a chłopak uciekł natychmiast.  Wyjęłam z torebki chusteczkę i otarłam łzy, kierując się w stronę jakieś ławki. W międzyczasie zatrzymał mnie jakiś facet rozdający jakieś pieprzone ulotki.
  - Odwal się pan, albo rzucę w pana butem. A mam szpilki. - warknęłam, omijając mężczyznę. Ten tylko popatrzył się na mnie jak na debilkę. Gdy sięgnęłam do stopy oddalił się prawie,że biegiem.
  Usiadłam na ławce i zaczęłam wycierać chusteczka swoją nogawkę - miejsce w którym pies zaznaczył swoje terytorium.   Potem próbowałam się uspokoić, zapomnieć. Przyglądałam się innym ludziom, wymyślałam im historię... I ani się obejrzałam, a już zapadał zmierzch. Na wyświetlaczu komórki widniała godzina 21;10. Spędziłam w tym parku bite 3 godziny. Gdy ruszyłam do domu, obiecałam sobie, że już zawsze będę tu przychodzić, kiedy będzie mi źle. To miejsce, ta ławka stała się moim ulubionym miejscem.
  Idąc do domu wymyśliłam wymówkę na temat wielkiej mokrej plamy na moim tyłku. Otóż, jakieś dziecko wylało na mnie Cole. Proste. 
  Delikatnie otworzyłam drzwi i cicho zamknęłam. Ściągnęłam buty i już miałam skierować się do swojego pokoju, gdy z salonu dobiegł mnie głos Vicky. 
  - Cass, pozwolisz? 
  Westchnęłam ciężko, zmusiłam się na uśmiech  i weszłam do salonu. 
  - Tak? 
  - Jak było na randce z Markiem? - spytała Vic, nie odrywając wzroku od telewizora w którym szła chyba Moda na Sukces... Odcinek któryś tam tysięczny, a może i milionowy.
  Uśmiechnęłam się - ale wyszedł chyba grymas.
  - Ś-świetnie. Wspaniale... - wybąkałam. 
  - A potem? - zapytała siostra. 
  Zamrugałam powiekami zdezorientowana. 
  - Potem? 
  - Te 3 godziny po randce... Z kim je spędziłaś? - Victoria wyłączyła telewizor, wbijajac we mnie wzrok. 
  - Z Markiem na randce! - Niemalże krzyknęłam. Poczułam jak trzęsą mi się ręce, więc schowałam je za sobą.Vic pokręciła głową. 
  - Nie. Vivi widziała Mark o 18 w jego domu jak pił whisky. - powiedział siostra. 
  - Gdzie jest Vivi? - spytałam ostro. 
  - Tutaj! - rozległ się płaczliwy głos dziewczyny, na którym podskoczyłam i przyległam do ściany. Po chwili tuż koło mnie pojawiła się Vivannie. Była tu cały czas, tylko przykryta kocem. Jak mogłam jej nie zauważyć? - pomyślałam, karcąc się w myślach. 
 Zaraz jednak doskoczyłam do siostry, widząc w jakim jest stanie. Płakała. Miała cała czerwoną twarz i włosy w nieładzie. Z jej oczu nadal wypływał strumień łez. Obok leżała paczka chusteczek.Wyglądała, jakby ktoś umarł.
  - O Boże, Vivi co jest? - spytałam, klękając przy niej i przytulając.
  Vivannie pociągła nosem, wytarła łzy i powiedziała, szlochając:
  - Rz-rzuciłam T-travisa!
  Wpatrywałam się w nią przez chwilę z otwartymi ustami i oczami jak spodki.
  - C-co zrobiłaś?! - wydukałam wreszcie.
  Vivi wysmarkała nos i opadła ciężko na poduszki, pozwalając by czerwone włosy zakryły jej twarz.
  - Rzuciłam go. - odparła smutno. - Znam się od roku,a jedyne co o nim wiem od niego to to, że ma braci. W dodatku wyciągnęłam to z niego siłą! W jego domu byłam 3 razy - teraz, trzy dni  temu i wtedy kiedy miałam ustalić czy Mark ma dziewczynę. To nie ma sensu, jeśli on nie chce mi nic o sobie powiedzieć. Jeśli on ma przede mną tejemnice - wyznała.
  Westchnęłam ciężko i oparłam się o ścianę obok niej.
  - Em... Cassie... Czy ty się... zsikałaś? - spytała Vicky, wskazując na plamę. Zrobiłam się cała czerwona i gwałtownie pokręciłam głową.
   - Oczywiście, że nie! Po prostu.. Och, Mark powiedział, że nie możemy się już nigdy zobaczyć i musimy o sobie zapomnieć! Tak sie rozpłakałam, ze usiadłam w kałuży! A potem pies zrobił sobie ze mnie krzaczek i prawie pobiłam faceta! - wykrzyknęłam, żaląc się ze wszystkiego siostrą. Na koniec podpełzłam do Vicky i przytuliłam się do niej. - Miałaś rację! Faceci to świnię!
  Przez chwilę nie wyczułam u niej żadnej reakcji. A potem siostra objęła mnie ramionami, a po kilku sekundach poczułam też jak Vivi przytula się do nas, cichutko pochlipując.
  Siedziałyśmy tak przez kilka minut, a kiedy już puściłyśmy siebie, przyrzekłyśmy sobie, ze już nigdy przenigdy się nie zakochamy. A jeśli tak - siostry mają nad od zakochać.
  Następnie cały wieczór spędziłyśmy próbując nawzajem poprawić sobie humor, wygłupiając się i robiąc żarty sąsiadom i ludziom akurat przechodzącym obok naszego domu.
__________________________
 Od Boddie: Rozdział średnio mi się podoba. Mało akcji, ale teraz specjalnie nie miałam na niego weny ; /

1 komentarz:

  1. Nie jest źle :)
    Kurcze naprawdę jestem ciekawa jak rozwinie się dalsza akcja :)
    Czekam :)

    OdpowiedzUsuń