Mark...
Zagryzłem dolną wargę i zatrzymałem się przed barem. Miałem dość tych ciągłych kłamstw... Chciałem na tym poprzestać i powiedzieć Cass prawdę, ale czy by zrozumiała? Zechciała by nie wyjeżdżać? Zsiadłem z motoru i wszedłem do pomieszczenia. Przy barze siedział Travis. Bardzo źle podchodził do tego rozstania z Vivi, ale nie winił mnie za to chodź każdy inny by tak zrobił. Usiadłem koło niego, a ten nie patrząc na mnie upił łyk piwa.-To samo co zawsze.-powiedziałem kładąc dłonie na blat. Cały czas miałem przed oczyma Cassie, jej oczy, uśmiech... Jej słowa... Nie wątpiłem w to, że spyta się Marsa, ale bałem się o jej życie. Jeśli on dowie się, że ona cokolwiek o tym wie... Już nigdy jej nie zobaczę.
-Jak tam na spotkaniu?-spytał Trav pokazując barmanowi gestem ręki by dolał.
-Nic nie ustaliliśmy przez nieproszonego gościa.-powiedziałem zaciskając rękę na kuflu. Upiłem łyk piwa i ukryłem twarz w dłoniach.
-Co jest?- spytał stukając palcami o blat.
-Nie sądzisz, że za dużo tych kłamstw... Intryg...-chłopak na chwilę zamilkł i przytaknął.
-Uważam, że powinniśmy z tym skończyć... Straciłem przez to bagno Vivi! Ian szanse u Vicky, a ty...-nie dokończył.
-Cassie... Z własnego wyboru.-powiedziałem i wstałem.- Muszę to przemyśleć... Nie rób głupot.-powiedziałem i płacąc mężczyźnie za barem wyszedłem. Na dworze było już ciemno, ale nie odstraszało mnie to. Lubiłem spacerować pustymi uliczkami miasta i nie potykać się o ludzi. Wiedziałem, że ojciec mi tego nie wybaczy, ale musiałem to zrobić... Musiałem się mu sprzeciwić i zobaczyć co zrobi. Może i mnie zabije, może i będę umierał torturowany przez własnego ojca, ale już nigdy nie podniosę ręki na czyjeś życie. Oparłem się o ścianę bloku i przejechałem dłonią po włosach.
-Mark...-usłyszałem ciepły głos Joe i uśmiechnąłem się do siebie. Właśnie w tamtej chwili potrzebowałem jej i tych jej żartów.
-Musisz mi pomóc...-powiedziałem i zsunąłem się po ścianie.
-Wiem, że jest ci ciężko. Przejdziesz przez to, a potem będzie już tylko lepiej.-powiedziała i przykucnęła obok mnie.-Masz całą noc na przemyślenia i jakiego byś nie popełnił błędu... Naprawisz go, ja to wiem.-powiedziała i przytuliła się do mnie.
-Nie wiem co mam robić... Gdybym nie zaprosił jej wtedy na tę randkę... Gdybym...-Joe podniosła się i dała mi w twarz. Zaskoczony podniosłem się do pionu.
-Nie rozpaczaj nad tym co było! Napraw to tak by było dobrze!-powiedziała i wtuliła się w mój tors.-Jadę jutro z tobą na lotnisko.-powiedziałam, a ja zamarłem. Może... Nie tak nie mogło być.
***
Przekręciłem się na drugi bok i uderzyłem z nerwów poduszkę. Nie mogłem spać, cały czas miałam przed oczyma Cassie, a czasami pojawiała się nawet Vicky jak robiła mi wyrzuty. To było okropny, ale wiedziałam, że sobie na to zasłużyłem.
-Mark uspokój się i daj mi spać...-wymamrotał Ian rzucając we mnie poduszką.
-Nie myślisz o Vicky?-spytałem a ten zapalił lampkę nocną.- Czemu o nią nie walczysz?-spytałem.
-Bo wiem co będzie dla niej lepsze. Przejrzałem na oczy. Niech lepiej znajdzie sobie jakiegoś normalnego chłopaka, bez kryminalnej przyszłości.
-Nie sądzisz, że o miłość trzeba walczyć?-spytałem, a ten wzruszył ramionami.
-Nie, jeśli chodzi tu o kogoś życie.-jego ostatnie słowa, znowu kazały mi namyślić się nad swoimi poczynaniami. Nie miałem pojęcia co zrobię jeśli pojawią się jutro na tym akurat lotnisku. Postanowiłem, że po prostu dam się ponieść emocją. Tak jak to miałem w zwyczaju, a od dawana to powstrzymywałem.
***
Wysiadłem z auta i zamknąłem je na kluczyk. Ten rzuciłem Joe i kazałem schować. Już po chwili bez słowa ruszyliśmy w dwie różne strony. Ona w kierunku baru, a ja poczekalni na samoloty. Zdążyłem zapomnieć o Cass i skupić się na swoim zadaniu, a koło mnie pojawił się Mars.
-Cześć.-powiedział siadając obok mnie i wyjmując teczkę.
-Czemu ty mi w ogóle pomagasz?-spytałem wyciągając do niego rękę, by podał mi papiery.
-Goliat ma ostatnio złe dni. Nie wiadomo kogo nie skaże na śmierć.-powiedział wręczając mi papiery. Przejrzałem je szybko i przytaknąłem.
Od Akwamaryn: Mam małe problemy z czcionką jak widać... eh... No ale ok. Co do rozdziału to mi się podoba. Miałam do niego dwa podejścia, ale gdy zaczęłam pisać nie mogłam skończyć;)
-To i tak nie trzyma się kupy.- powiedziałam i oparłem się o krzesło. -A za to że skrzywdziłeś Joe i tak nieźle oberwiesz po dupie.-powiedziałem gdy zobaczyłem jak drzwi frontowe otwierają się, a do środka wchodzi Cassie i jej siostry. W dłoni trzymały bagaże, a miny miały wesołe. Cieszyło mnie to, ale nie potrafiłem się powstrzymać. Pierwszy raz czułem coś takiego i nie mogłem pozwolić by to minęło. Nie odzywając się ani słowem do Marsa wstałem i podszedłem do Cass. Nie zwracałem uwagi na jej siostry, które obsypywały mnie srogimi spojrzeniami, a zwłaszcza Vicky. Cass szybko mnie wyminęła i nie czekając na siostry ruszyła przed siebie. Przez chwilę widziałem w jej oczach smutek i żal. Podbiegłem szybko do niej i złapałem ją za dłoń.
-Cassie... Nie wyjeżdżaj. Proszę...-powiedziałem i odgarnąłem jej blond włosy z twarzy. Widziałem jak wzbierają w niej emocje. Vicky nie ważyła się nam przerwać. Stała z boku i chyba się mnie bała.
-Czemu miała bym nie wyjeżdżać? Nic dla ciebie nie znaczę i mam o tobie zapomnieć... Nie dajesz mi na to szans.-powiedziała i spuściła wzrok. Przełknąłem głośno ślinę i zbliżyłem się jeszcze bliżej Cass.
-Nawet nie wiesz jak mi na tobie zależy. Ja ci powiem wszystko... Wytłumaczę... Tylko zostań ze mną. Cass ja...-dziewczyna spojrzała mi w oczy, a ja zobaczyłem jak wzbierają w niej łzy.-Ja cię kocham!-wrzasnąłem na cały głos, a ona wybuchła płaczem. Czasem w ogóle jej nie rozumiałem...- Kocham cię! Chcę by wszyscy o tym wiedzieli! Nie obchodzi mnie nikt inny jak ty!-krzyczałem czując na sobie wścibskie spojrzenia ludzi. Złożyłem pocałunek na ustach Cass, a ta ani drgnęła, Łzy ciekły jej po policzkach i nagle wszystko znikło... Wszystkie kłopoty... Byłem tylko ja, ona i nasze uczucie.
____________________
Zakończenie jest wręcz bajkowe :)
OdpowiedzUsuńPodoba mi się :)
Mam nadzieję ,że bohaterom zacznie się w końcu układać :)
Czekam na nn :*