Cassie...
Otuliłam się fioletowym szlafrokiem, jeszcze raz ziewnęłam przeciągle i skierowałam się w stronę kuchni. Już w holu domyśliłam się, że Vivi dawno wstała, co można było rozpoznać po głośnym jazgocie Metallicy - jej ukochanego zepsołu.Uśmiechnęłam się leciutko, popychając kuchenne drzwi. Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej widząc Vivi.
Dziewczyna tańczyła na środku pomieszczenia, śpiewając przy tym do piosenki. Rude włosy spięła w kok, ale poszczególne pasma włosów wydostały się spod gumki teraz zakrywając twarz nastolatki. Buzię Vivi miała całą w mące, gdzieniegdzie ubrudzoną też w jakieś papce - przez ruch dziewczyny trudny to zidentyfikowania. Wywijała w powietrzu ścierką, czasem ją podrzucając i łapiąc drugą dłonią. Ubrana była w biało - niebiesko fartuszek, także ubrudzony mąka i innymi papkami.
Cassie po cichu podeszłą do krzesła i usiadła na nim przyglądając się siostrze. W tym samym momencie wyczuła przepiękna woń dochodząca z piekarnika. Przyjrzała się z uwagą rzeczom rozłożonym na ladzie i zrozumiała.
- Babeczki! - pisnęła uradowana.
Równocześnie usłyszała zduszony krzyk Vivi, a zaraz jej śmiech.
- O Boże Cassie!
Blondynka przeniosła na nią wzrok i nagle z jej ust spełzł uśmiech.
Mark...
Usłyszała to w głowie tak wyraźnie i tak głośno, że niemal się rozpłakała.Vivi musiała widocznie to wyczuć, bo podbiegła prędko do siostry w biegu łapiąc dobrze schowaną tace babeczek i niemal wpychając Cassie do ust ciastko. Dziewczyna przełknęła z trudem jedzenie i wysiliła się na blady uśmiech.
- Zrobiłam je dla ciebie. Wiem, ze za nimi przepadasz... - szepnęła cicho Vivannie, tak, że Cass ledwo ją usłyszała poprzez głośną muzykę.
" Dziękuje" - odpowiedziała "niemo" tylko ruchem ust. Ale to wystarczyło. Rudowłosa wyszczerzyła się do niej szeroko, podchodząc do piekarnika i kontrolując wzrost babeczek. Tymczasem Cassie równie cicho wstała z krzesła i podeszła do parapetu, na którym w porannym świetle słońca iskrzyła się srebrna bransoletka. Odruchowo dotknęła prawej dłoni na której wyczuła pierścionek. Rzeczy, które podarował jej..
Nie! Nie, nie,nie! , wykrzyknęła w duszy, prędko ściągając z ręki pierścień i rzucając nim o okno. Vivi zdziwiona przeniosła wzrok na nią.
- Co to było? - spytała zaniepokojona.
Cass pokręciła głową na znak, że nie ważne i sięgnęła po biżuterię od... Od niego. Wyrzuci ją. Schowa. Albo komuś da.
Ale już nigdy, przenigdy jej nie włoży. Nigdy!
- Gdzie jest Vicky? - zapytała Cassie obracając w dłoniach bransoletkę.
Vivi spojrzała na nią zdziwiona, zaraz jednak odwróciła się do siostry tyłem udając, że przygotowywuje nową mase na ciasteczka.
- Vicky? Wyszła... - odparła.
Cassie wrzuciła ozdoby do kieszeni szlafroku i podeszła do Vivannie, obracajac ją w swoja stronę.
- Gdzie?- zapytała ostro.
Vivi przygryzła dolną wargę i spuściła wzrok. Więcej nie było trzeba Cass.
- Jak mogła?! I niby po co tam polazła?! M... Ten człowiek to dla mnie już przeszłość, nie liczy się! I mam o nim zapomnieć nie tylko ja, ale i wy! Także ty o Travisie, jasne? W ogóle zapomnijmy o... - Cass przerwała gwałtownie, wpatrzona coś za Vivi. Nagle uśmiechnęła się szeroko, wypuściła siostrę i jak zahipnotyzowana podeszła do lady. Podniosłą coś z białego marmuru ze szczęście gryząc wargę.
- I chyba już nawet wiem, jak to zrobimy... - powiedziała z radością pokazując Vivi jakieś papiery.
- Ale... - zaczęła rudowłosa, lecz po chwili zrozumiała.- Och...
Od Boddie: Mało akcji,ale obiecuje, ze wkrótce Wam to wynagrodzę ; ) Szczerze mówiąc rozdział mi się nie podoba, ale no cóż...Mam nadzieję, że przynajmniej Wam ; P
Dziewczyna tańczyła na środku pomieszczenia, śpiewając przy tym do piosenki. Rude włosy spięła w kok, ale poszczególne pasma włosów wydostały się spod gumki teraz zakrywając twarz nastolatki. Buzię Vivi miała całą w mące, gdzieniegdzie ubrudzoną też w jakieś papce - przez ruch dziewczyny trudny to zidentyfikowania. Wywijała w powietrzu ścierką, czasem ją podrzucając i łapiąc drugą dłonią. Ubrana była w biało - niebiesko fartuszek, także ubrudzony mąka i innymi papkami.
Cassie po cichu podeszłą do krzesła i usiadła na nim przyglądając się siostrze. W tym samym momencie wyczuła przepiękna woń dochodząca z piekarnika. Przyjrzała się z uwagą rzeczom rozłożonym na ladzie i zrozumiała.
- Babeczki! - pisnęła uradowana.
Równocześnie usłyszała zduszony krzyk Vivi, a zaraz jej śmiech.
- O Boże Cassie!
Blondynka przeniosła na nią wzrok i nagle z jej ust spełzł uśmiech.
Mark...
Usłyszała to w głowie tak wyraźnie i tak głośno, że niemal się rozpłakała.Vivi musiała widocznie to wyczuć, bo podbiegła prędko do siostry w biegu łapiąc dobrze schowaną tace babeczek i niemal wpychając Cassie do ust ciastko. Dziewczyna przełknęła z trudem jedzenie i wysiliła się na blady uśmiech.
- Zrobiłam je dla ciebie. Wiem, ze za nimi przepadasz... - szepnęła cicho Vivannie, tak, że Cass ledwo ją usłyszała poprzez głośną muzykę.
" Dziękuje" - odpowiedziała "niemo" tylko ruchem ust. Ale to wystarczyło. Rudowłosa wyszczerzyła się do niej szeroko, podchodząc do piekarnika i kontrolując wzrost babeczek. Tymczasem Cassie równie cicho wstała z krzesła i podeszła do parapetu, na którym w porannym świetle słońca iskrzyła się srebrna bransoletka. Odruchowo dotknęła prawej dłoni na której wyczuła pierścionek. Rzeczy, które podarował jej..
Nie! Nie, nie,nie! , wykrzyknęła w duszy, prędko ściągając z ręki pierścień i rzucając nim o okno. Vivi zdziwiona przeniosła wzrok na nią.
- Co to było? - spytała zaniepokojona.
Cass pokręciła głową na znak, że nie ważne i sięgnęła po biżuterię od... Od niego. Wyrzuci ją. Schowa. Albo komuś da.
Ale już nigdy, przenigdy jej nie włoży. Nigdy!
- Gdzie jest Vicky? - zapytała Cassie obracając w dłoniach bransoletkę.
Vivi spojrzała na nią zdziwiona, zaraz jednak odwróciła się do siostry tyłem udając, że przygotowywuje nową mase na ciasteczka.
- Vicky? Wyszła... - odparła.
Cassie wrzuciła ozdoby do kieszeni szlafroku i podeszła do Vivannie, obracajac ją w swoja stronę.
- Gdzie?- zapytała ostro.
Vivi przygryzła dolną wargę i spuściła wzrok. Więcej nie było trzeba Cass.
- Jak mogła?! I niby po co tam polazła?! M... Ten człowiek to dla mnie już przeszłość, nie liczy się! I mam o nim zapomnieć nie tylko ja, ale i wy! Także ty o Travisie, jasne? W ogóle zapomnijmy o... - Cass przerwała gwałtownie, wpatrzona coś za Vivi. Nagle uśmiechnęła się szeroko, wypuściła siostrę i jak zahipnotyzowana podeszła do lady. Podniosłą coś z białego marmuru ze szczęście gryząc wargę.
- I chyba już nawet wiem, jak to zrobimy... - powiedziała z radością pokazując Vivi jakieś papiery.
- Ale... - zaczęła rudowłosa, lecz po chwili zrozumiała.- Och...
Vicky....
Mark wepchnął mnie do domu, zasłaniając mi usta dłonią. Miałam go ochotę za to ugryźć,ale zbyt się brzydziłam. Posłusznie więc cofałam się tylko, póki nie zderzyłam się z Ianem, który rozmawiał z Travisem. Odskoczyłam momentalnie jak oparzona, pacząc na nich z przerażeniem.
- Co się stało, księżniczko? - spytał Ian przypatrując mi się zdziwiony. - Nagle nie taka oschła?
Przełknęłam ślinę, cofając się do ściany. Chłopcy spojrzeli zdziwieni na Marka, ale ten tylko wsadził ręce do kieszeni i spuścił wzrok.
- Musiałem... - powiedział cicho. Ian i Travis spiorunowali go spojrzeniem, każdy z takim wyrazem twarzy, jakby miał ochotę go zabić. Czułam, że za chwilę któryś wybuchnie i rzuci się na niego. Nagle jednak Ian spojrzał na mnie i zrobił krok w moim kierunku. Podejdzie bliżej, a go kopnę, pomyślałam zaciekle.
- Posłuchaj Vicky... Nie możesz nikomu powiedzieć, jasne?! Nawet Cassie czy Vivi... Zwłaszcza im! - zaczął.
Zmrużyłam oczy.
- A jak powiem? To co, zabijecie mnie? - spytałam ostro, mierząc ich wzrokiem.
Zapadła cisza. Chłopcy wymieniali się spojrzeniami. Travis oparł się o ścianę krzyżując ręce na piersiach, Ian zagryzł warge, a Mark wsunął głębiej ręce do kieszeni.
- Czyli tak... - wyszeptałam. Ian spojrzał na mnie błagalnie, przepraszająco,ale ja miałam ochotę uderzyć go w twarz. Zacisnęłam jednak zęby, oddychając płytko.
- Vicky.... - zaczął Ian, ale przerwałam mu podnosząc dłoń.
- Nic nie musisz mówić. Wszystko rozumiem... - Spojrzałam oskarżycielsko na Travisa. - Cały czas okłamywałeś Vivi... A gdyby poznała sekret? Jakimś sposobem...? Zabiłbyś ją, prawda?
Chłopak nie odpowiedział. Sapnęłam ciężko ze złości, po czym zebrałam się na odwagę by ich ominąć i wyjść. Zaraz, gdy tylko zamknęły sie za mną drzwi wybuchłam płaczem. Szybko wsiadłam na motor i odjechałam jak najprędzej do domu.
_______________________________Od Boddie: Mało akcji,ale obiecuje, ze wkrótce Wam to wynagrodzę ; ) Szczerze mówiąc rozdział mi się nie podoba, ale no cóż...Mam nadzieję, że przynajmniej Wam ; P
Powiem szczerze ,że kilka razy się gubiłam co do akcji...trochę zbyt chaotycznie to opisałaś. Nadal nie wiem o co chodzi w niektórych momentach nawet po kilkakrotnym przeczytaniu ich.
OdpowiedzUsuńA tak poza tym to rozdział jest w porządku :)